Maria wpadła nagle i rzuciła na biurko plik arkuszy formatu
A-4. Rozsypały się po blacie.
Były to fotografie. Klinicznie szczegółowe, ostre. Każdy
zakamarek obrzydliwie wyeksponowany.
- Ty skurwysynu! Ty pierdolony skurwielu! - Maria nie
przebierała w słowach, a raczej właśnie przebierała, wybierając najobrzydliwsze
epitety.
Zamarłem bezsilnie, unikając jej, płonącego ogniem,
szalonego wzroku.
- Ty się ogol porządnie, załóż coś przyzwoitego, kup sobie
jakiś ciuch wreszcie, pojebany abnegacie, a nie...
Gwałtownym wyrzutem ramienia zmiotła zdjęcia na podłogę.
Płacząc, wybiegła, trzaskając drzwiami, aż cały dom zadrżał w posadach.
Co za chuj, co za pierdolony chuj jej to dał?! Kurwa!
Przecież nie mam aż takich wrogów! Kutas jebany! - Moje myśli były nieładne.
Wziąłem jedno z wielu, prawie nieróżniących się od siebie,
zdjęć.
Polonez wyglądał nieciekawie. Lewe przednie drzwi wgniecione
głęboko do pół wnętrza, kawałki szkła z szyb, kierownica złamana, wyglądała jak
ster samolotu. Dach wklęsły, jakby od olbrzymiego głazu, prawie sięgał
złamanego zagłówka.
Detale waliły po oczach.
Dynamiczne studium blacharstwa złomowego w śnieżnych
okolicznościach natury.
Maria gwałtownie (znowu) otworzyła drzwi
- I nie próbuj, kurwa! Nigdy więcej nie próbuj umrzeć przede
mną, bo nim się zdążę wtedy zabić, to...
Trzasnęła wtórnie drzwiami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz