wtorek, 12 marca 2019

Jazda


Zadzwoniły mi w uszach motocyklowe cylindry i rozbrzmiał klang srebrzysty wywrotnej shl-ki. Spod powiek wypłynęły obrazy brązowonogich dziewcząt w krótkich minispódniczkach, które na tylne siodełko z ostentacyjną nonszalancją usadawiały swe kształty.
Niemożliwe jest zapomnienie owego standardowego przegazowywania, kiedy drżenie motoru w drżenie całego ciała przechodziło i gdy głośniejący do granicy słyszalności warkot narastał wraz z wzmagającym się uściskiem ramion przestraszonej piękności za plecami, która - nim z wizgiem opon i chmurą pyłu ruszyłeś - już cała była oddana twojej odwadze i wtulała się sobą w twoje plecy.
Niejeden tak właśnie pierwszy raz w życiu jędrność piersi dziewczęcych poznawał i ciepło oddechu na szyi.
Byle motor nie zgasł.
A jazda! A jazda przenajświętsza, jak msza majowa, muzyka konwalii na wietrze, jak wiatru poszum, jak serca werble na majowej zabawie.
Rozsadzająca pierś duma, że tak dzielnie, do granic skali licznika potrafisz... I jeszcze... Bo przecież te ramiona tak mocno, tak mocno na twojej talii, na brzuchu. I te piersi, które im szybkość większa tym jędrniej w twoich plecach wciśnięte.
I okrzyki przestrachu udawanego, gdy z dziką odwagą na zakręcie, prawie poziomo jechałeś, dbając, jednak, by brązowonogi nie otrzeć...
I cudowny tej jazdy koniec.

Gdy tchu brakło na słowa i tylko pocałunek musiał starczy za: „dzięki”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz