Zadzwoniły mi w uszach motocyklowe cylindry i rozbrzmiał klang
srebrzysty wywrotnej shl-ki. Spod powiek wypłynęły obrazy brązowonogich
dziewcząt w krótkich minispódniczkach, które na tylne siodełko z ostentacyjną
nonszalancją usadawiały swe kształty.
Niemożliwe jest zapomnienie owego standardowego przegazowywania,
kiedy drżenie motoru w drżenie całego ciała przechodziło i gdy głośniejący do
granicy słyszalności warkot narastał wraz z wzmagającym się uściskiem ramion
przestraszonej piękności za plecami, która - nim z wizgiem opon i chmurą pyłu
ruszyłeś - już cała była oddana twojej odwadze i wtulała się sobą w twoje
plecy.
Niejeden tak właśnie pierwszy raz w życiu jędrność piersi
dziewczęcych poznawał i ciepło oddechu na szyi.
Byle motor nie zgasł.
A jazda! A jazda przenajświętsza, jak msza majowa, muzyka
konwalii na wietrze, jak wiatru poszum, jak serca werble na majowej zabawie.
Rozsadzająca pierś duma, że tak dzielnie, do granic skali
licznika potrafisz... I jeszcze... Bo przecież te ramiona tak mocno, tak mocno
na twojej talii, na brzuchu. I te piersi, które im szybkość większa tym
jędrniej w twoich plecach wciśnięte.
I okrzyki przestrachu udawanego, gdy z dziką odwagą na zakręcie,
prawie poziomo jechałeś, dbając, jednak, by brązowonogi nie otrzeć...
I cudowny tej jazdy koniec.
Gdy tchu brakło na słowa i tylko pocałunek musiał starczy
za: „dzięki”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz