czwartek, 7 marca 2019

Spotkanie z poetą prawdziwym


Dawno, dawno temu, gdy jeszcze mi się wydawało, że sklepywanie ze sobą nic nieznaczących pojęć oznacza bycie poetą, zdarzyło mi się Poetę Prawdziwego spotkać, wódki z nim się napić i to w towarzystwie.
Towarzystwem była moja serdeczna koleżanka i -  co wiem dziś - najprawdziwsza poetka, Zosia, oraz jakaś glamza z obejścia Poety Prawdziwego słowotwórstwem niezainteresowana.
Poeta Prawdziwy był już wówczas ( a to dawno temu było) poetą znanym i uznanym o sławie zasłużonej (jak mniemałem). Mnie zachwycał wierszami o kwiatach, a Zosię tymi o miłości, które mi się też podobały, ale mniej nieco.
Intrygowała mnie jego, serce wstrzymująca zachwytem, znajomość każdego kwiatka, każdego zapachu, gdy ja na przykład umiem rozróżnić niewiele, jak jaśmin i maciejkę - która duszący ma zapach, o czym niedawno się dowiedziałem i co zabolało - bo margerytek już nie, a magnolii to zupełnie i nie wiem czy dobrze piszę ich nazwy.
Zosia, zaś, chciała poznać, jakiż to stan uczuć wyższych Poeta Prawdziwy przeżywa, gdy tak alabastrowo czystość miłosnych nadwrażeń w rymach (albo i bez rymów) opisuje.
- Ty znasz każdy kwiat chyba po imieniu - spytałem drżącym tembrem Poetę Prawdziwego (bo już się tytać zaczęliśmy).
- Stary, co ty pierdolisz - rzekł poetycznym językiem abstrakcji - mam kilka leksykonów, a almanachy różne po podłodze mi się walają. Ja tam nie odróżniam narcyzy od markizy, ale wszystko sobie wyczytam, mieszam i pierdut wiersz, i potem, jak się nazbiera, to tomik w Iskrach albo Czytelniku (takie wydawnictwa były) i money , money - zanucił znienacka.
- A o miłości, o miłości, to tak pięknie pan pisze, że serce stawa, zadyszki dostaje  i zazdrość ogarnia o szczęście tej, co muzą jest - wyszeptała zsiniałymi wargami, pobladła nagle, Zosia.
Poeta Prawdziwy ręką machnął niedbale, strącając przy okazji półlitrówkę, ale to nieważne było. Wołając na kelnerkę, mimo, że ja płaciłem, od niechcenia odpowiedział:
- Eee tam po słownikach pełno patetycznych słówek, czasem się walnie jakąś przechodzoną metaforę typu: „ żeś mi szklanką nektaru niemdłosłodkiego z chmur płaczliwości łez twoich wybryźnietą na podest”. Gówno to znaczy, a poezją wielką jest. A w kwestii muz, to jak się dziwkę przeleci, to o podcierce myślisz, a nie o wierszach.
Kurwomacie mi umysł przegrzały, gdym na Zosię zbielałą popatrzył i gdym ją do domu odwoził, niczym manekin sklepowy.
I nie z chlaństwa to było.
I dziś żałuję żem mordy nie otłukł Poecie Prawdziwemu, boć on dziś jeszcze większym autorytetem moralnym i sztuki przewodnikiem, a Zosia, cudowna poetka, już ani strofki nie napisała i poezja jej serdeczna nikomu serca nie ogrzewa, a ja?
Też już wierszy nie piszę prawie, mądre książki wyrzucam i romanse dla kucharek czytam, i czasem tylko do Księżyca głupio się zaśmiewam.

Ale, bom nie jest normalny.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz