Maria wzięła mnie pod ramię i wyszliśmy na spacer.
Miałem nawet zaoponować, bo znowu ten mróz piękny i śnieg
niespotykanie biały a ja taki chłodny w środku. Nie chciałem Marii urazić
niedosytem wrażliwości.
Wymyślałem preteksty , zmyślałem niemożliwości, udawałem
durnia.
Jednym słowem byłem sobą, jak rzadko.
Maria zna mnie, jednak, na wskroś, a nawet i na przestrzał,
i powiedziała bez ogródek:
- Nie kręć, wiem, że jesteś zmarzlakiem, ale nie bój się,
jak zmarzniesz, to cię przytulę.
Zgodziłem się i wyszliśmy.
I stało się - zaraz za progiem - zmarzłem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz